Apel o zmianę świętowania Nowego Roku w opłakiwanie Starego Roku

Drukuj
Nowy Rok jako radosne wydarzenie spoglądające w przyszłość w ogóle nie pasuje mi do kodu kulturowego naszego smutnego narodu pogrążonego w melancholii i patrzącego z nostalgią w przeszłość. Porzućmy ten bezsensowny noworoczny optymizm. No bo właściwie z czego tu się cieszyć? Zostawmy świętowanie Nowego Roku innym, a my zajmijmy się wreszcie tym, co do nas pasuje bardziej – opłakiwaniem tego co było.

Dowód pierwszy. Nie ma bardziej depresyjnych dni niż te na początku stycznia

Doprawdy, początek stycznia to zawsze najgorszy okres w roku. Nigdy nie rozumiem dlaczego akurat te okropne ciemne, zimne i szare dni mają być zaczątkiem ‘nowego początku’. I proszę mi tu nie mówić, że to najcieplejszy styczeń stulecia. Nie wiem dlaczego w tych najbardziej pochmurnych dniach w roku mam się zmuszać do rzucania ostatnich przyjemności w życiu i podejmowania nowych nieprzyjemności. W styczniu wszystko jest zawsze na poważnie i na serio – nie ma wymówek w pracy ani wymówek w życiu. Są za to nowe obowiązki, są jakieś ambitne plany i jakieś nowe dyscylpliny, nie ma zmiłuj się i przebacz. Jeśli tak wyglądają nowe początki to ja naprawdę wolę szczęśliwe końce.

Dowód drugi. Wszystko co miłe już było.

Nigdy nie wiem z czego mam się cieszyć podczas noworocznego obiadu u teściów skoro wszystko co miłe już było. Najmilej na jest przecież czekać na miłe rzeczy. A na co tu czekać w styczniu? Na luty? Na lato? Za nami świetlisty grudzień, wielki wspaniały czas bycia ‘pomiędzy’, długich grudniowych wieczorów, kiedy to opłatkowe spotkania umilały czas oczekiwania na święta, a świąteczna atmosfera wypełniała po brzegi wszystkie krótkie dni po kolei. W styczniu przecież nie da się już słuchać ‘All i want for Christmas’ w pracy, a wigilijne smaki, które przed świętami kuszą rozkosznie, stają się nie do wytrzymania. W grudniu wszystko jest pół żartem pół serio, jak we śnie, jak w bajce, jak w tańcu. Styczeń to jakieś beznadzieje lądowanie na betonie.

 Dowód trzeci. Nowy rok, stare dylematy.

Nowy Rok to jedno wielkie kłamstwo, które daje nam (albo tylko ja jestem taka naiwna) jakąś ponurą nadzieję, że nasze życie będzie inne. Tymczasem, piąty stycznia wybija a ja wstaję z łóżka dokładnie z tymi samymi dylematami. I męczę się z tymi samymi niepodjętymi i niepojętymi decyzjami, tylko, że teraz nie mogę już niczego odkładać. Wcale nie jestem o rok mądrzejsza. Jestem tylko o rok starsza. I na dodatek nie lubię liczby 12.

Wyobraźmy sobie jak dużo lepiej wyglądałby Sylwester, gdyby nie był jakimś obłudnym czasem czekania na niby wspaniałe coś nowego tylko opłakiwaniem Starego Roku. Jak pięknie wyglądałyby życzenia o północy, gdyby były życzeniami starorocznymi – wspominaniem tego do było, co minęło i co, stety – niestety, nie wróci. Jak o wiele bardziej smakowałyby toasty ‘na pohybel’ niż ‘na zdrowie’. Wyobraźmy sobie to odliczanie, to machanie do starego roku, który odchodzi i który dobrze znamy, a nie uśmiechaniem się do nowego, którego nie znamy wcale i nie wiemy co przynosi. I nie wiemy czy go lubimy. Zapraszam zatem już teraz na świętowanie starego roku. A tym, którzy jeszcze czują się nieprzekonani proszę o receptę na umilanie stycznia.

 * niniejszy wpis jest efektem spędzenia 12 godzin nad kartką papieru, która powinna przypominać doktorat. Autorka starała się skontaktować z lekarzem lub farmaceutą, ale otrzymała informację ‘do decyzji NFZ’

Czytaj również