Czytając expose Mazowieckiego dwadzieścia lat później

Drukuj
Dwudziestego czwartego sierpnia 1989 roku Tadeusz Mazowiecki, pierwszy premier niekomunistycznej Polski, wygłosił expose wizjonerskie. Wracając dziś do tamtego tekstu – tak świeżego, tak przewidującego i tak politycznie nowoczesnego, trudno uwierzyć, że istniał wtedy jeszcze Układ Warszawski, że istniała Żelazna Kurtyna, wojska Związku Radzieckiego stacjonowały nad Wisłą a on sam całe swoje życie spędził w komunistycznej Polsce. Szkoda, że to, co pozostało w zbiorowej pamięci z expose pierwszego premiera, to słowa o grubej kresce – element owszem ważny w sensie odcięcia się od bagażu działań poprzedników, ale mniej znaczący w kontekście nowatorskiej wizji, jaką premier wówczas roztaczał.

Po pierwsze – premier wyznaczał jasny i przejrzysty kierunek. Skąd Mazowiecki wiedział co i jak ma zrobić? „Trzeba przywrócić w Polsce mechanizmy normalnego życia politycznego (…) Zasadę walki musi zastąpić zasada partnerstwa” – rozpoczynał. I od razu, niesamowicie precyzyjnie przedstawiał wyobrażenie o tym, jak powinno wyglądać to normalne życie polityczne w kraju. Mazowiecki mówił o potrzebie pluralizmu w polityce, ale również w mediach, o potrzebie wartości, ale również neutralności światopoglądowej państwa, o roli Kościoła – jako ważnego, ale stojącego z boku ‘stabilizującego’ partnera. Twórcy tamtego rządu nie mieli przecież wzorów do naśladowania – standardy ‘normalności’ musieli wyobrazić i wypracować sobie sami, a całe życie spędzili ‘w socjalistycznym eksperymencie’. Jasne – istniały kraje Europy Zachodniej – ale w expose brak śladów mówiących o prostym kopiowaniu modelu zachodniego. Owszem, w słowach Mazowieckiego, istnieje jasne odniesienie do Europy jako naturalnej grawitacji historycznej i politycznej dla Polski – ale wydaje się to być silniej zaakcentowane w sensie wartości – a nie bieżącej recepty na to jak powinna zmieniać się Polska. Skąd u premiera tak pewna i rzetelna wizja tego do jakiej demokracji zmierza – nie potrafię dziś pojąć. Czyta się to expose tak jakby Mazowiecki wiedział o tym, gdzie będzie Polska dwadzieścia lat później.

Po drugie – świadomość tego, gdzie musi zostać ulokowane centrum przemian. Mazowiecki od razu zdawał się wyczuwać, że zmiany systemu nie da się ‘zadekretować’ – że nie wystarczy zmienić fasady, zawiesić nowego szyldu. Wiedział, że zmiana nie przyjdzie też z zewnątrz – że to nie Zachód ‘zrobi’ tą zmianę. Owszem, upatrywał w demokratycznych państwach Zachodu sojusznika – ale to w Polakach, we współobywatelach widział podstawową tkankę zmiany. Mówił wtedy w sierpniu – że kluczowe z perspektywy zmiany Polski jest ‘otwarcie możliwości działań zbiorowych i indywidualnych’. I dodawał: ‘O powodzeniu zadecyduje nasza własna pomysłowość, praca i cierpliwość. Nasz własny wysiłek.’ Bazując na tych słowach, Mazowiecki już wtedy dostrzegał potrzebę ‘współuczestnictwa’ jako podstawowej wartości państwa i społeczeństwa. Owszem, chodziło zapewne również o konieczność przyzwolenia społecznego na reformy – ale czuje się w jego słowach, ze tak naprawdę chodzi premierowi o coś więcej. Zależało mu na zbudowaniu całego nowego modelu państwa opartego na partycypacji i włączaniu ludzi w proces polityczny – na traktowaniu ich jako partnera zmian, jako podmiot w procesie- a nie jako przedmiot, jako bierną publiczność. To pewnie Mazowiecki wyniósł w doświadczenia Solidarności. To słowa wtedy rewolucyjne – ale również dziś są sprawą kluczowo aktualną, fundamentalnie istotną. Dziś proces włączenia obywateli w proces reform, zmian i szerzej w proces rządzenia jest podstawowym wyzwaniem – zarówno dla nas jako społeczeństwa jak i barierą dobrego rządu. Mazowiecki mówił wprost, że obywatele muszą mieć poczucie wolności i bezpieczeństwa, ale też współuczestnictwa. Patrząc na ostatnie wydarzenia polityczne w Polsce – reformę emerytalną, protesty w sprawie ACTA czy choćby nawet na zbliżające się EURO – nie ma ważniejszego zadania dla rządu niż budowanie możliwości współuczestnictwa.

Wreszcie, po trzecie, Mazowiecki miał niezwykłą jasną świadomość powagi reform, jakie czekają Polskę i potrafił zobaczyć kluczową reformę ekonomiczną w szerszym kontekście. Widząc narastający kryzys gospodarczy końca lat osiemdziesiątych – można rzecz jasna uznać, że nietrudno było rozpoznać kryzysowość sytuacji. Mazowiecki w swoim expose zdaje się mówić coś więcej niż tylko reforma gospodarki- potrafi połączyć ekonomię z jej społecznym wymiarem. Potrafi precyzyjnie określić, skutek reform na to, gdzie i kogo będzie boleć i jakie wynikną z tego problemy. Mazowiecki zaproponował kształt gospodarki rynkowej – która jest czymś więcej niż grą niewidzialnej ręki rynku, która jest czymś więcej niż technokratycznym systemem kapitalistycznym. Jak czytam jego słowa dziś, to wydaje mi się, że być może paradoksalne, że takiego właśnie kształtu gospodarki domagają się ruchy protestu skupione wokół Occupy. Tylko nie potrafią tego wyrazić tak precyzyjnie jak premier wtedy. Premier mógłby śmiało zostać guru tego ptorestu. Mazowiecki mówił o drzemiącej w ludziach energii ekonomicznej, którą należy uwolnić oraz stworzeniu takiego systemu, który da ludziom możliwości działania: ‘Potrzebujemy takich mechanizmów prawnych i ekonomicznych, które dadzą ludziom przedsiębiorczym poczucie bezpieczeństwa dla ich działalności i pozwolą wszystkim odnaleźć moralny i materialny sens pracy’. Moralny i materialny sens pracy. To słowa dziś zapomniane. A jednak najbardziej aktualne.

Pamiętam, że jeszcze w czasach Unii Wolności w sporze między Balcerowiczem a Mazowieckim byłam głową po stronie tego pierwszego a sercem po stronie drugiego. Nie rozumiałam o co byłemu premierowi chodzi z tą ‘społeczną gospodarką rynkową’, z tą jego ‘wrażliwością społeczną’. Wydawało mi się wtedy, że to jakieś niepotrzebne zmiękczenia. Niepotrzebne cieniowanie prostych decyzji. Nie rozumiałam, że premier upominał się o człowieka. Głupia byłam.

Czytaj również