dombook w drodze do jerozolimy

Drukuj

Jestem na pokładzie Boeinga 737 do Tel – Avivu. Pan pilot trąbi o wysokości przelotowej i temperaturze na zewnątrz. 17 tysięcy stóp i minus 39 na zewnątrz. Same potrzebne informacje. Po mojej prawej tęgie damy w wieku senioralnym, mówiące trochę po hebrajsku a trochę po rosyjsku. Po mojej lewej pielgrzymka z parafii w Kozienicach z plakietkami ‚Śladami Jezusa Chrystusa’. I tak przez cały samolot – po jednej aszkenazi wracający z rodzinnych stron, po drugiej pielgrzymi na spotkanie z Chrystusem. Zapach grahamkowej kanapki. Orandż dżus od Hortexu. Lot Polish standard. A pośrodku ja. Choć przemyka mi przez głowę pewnego rodzaju przyłączenie się – ni kuta nie pasuję do żadnej z tych grup.

 I tu właśnie leży problem, z którym chwilowo się borykam. Chwilowo – bo muszę przebrnąć przez granicę.

 Bo tak naprawdę nie jadę do Izraela tylko jadę do Palestyny. Jadę na 3 miesięczny program obserwacyjny, podczas które będziemy (20 wolontariuszmy) raportować i wspierać codzienne zmagania Palestyńczyków na Zachodnim Brzegu i we wschodniej Jerozolimie z okupacją izraelską.  Swoją obecnością na checkpointach będziemy pomagać Palestyńczykom podążającym do szkoły, do pracy czy do lekarza – oczywiście, nie mamy mocy zmieniania tej sytuacji. Ale mamy moc widzenia jej,  patrzenia żołnierzom na ręce i pisania o tym. Będziemy organizować zajęcia dla dzieci w obozach dla uchodźców, będziemy pracować z rodzinami, które zostały pozbawione swoich domów, bo na ich terenach powstały osiedla osadników, wreszcie będziemy współpracować z izraelskimi i palestyńskimi aktywistami w ich działaniach mających na celu ograniczenie uciążliwości związanych z okupacją. Nie, nie będę robić nic złego – ale to coś podobno nie podoba się kontroli izraelskiej na lotnisku

Nie podoba się im to do tego stopnia, że dostałam od organizatorów naszej wyprawy szczegółowy briefing na temat tego jak mam zachowywać się na lotnisku w Tel Avivie i czego pod żadnym pozorem nie mówić. Oranizatorzy wiedzą co mówią, bo poprzedni obserwatorzy byli czasem godzinami przesłuchiwani a – w nielicznych przypadkach, ale jednak – odsyłani do domu. Zasadniczo (moje ulubione słowo) mam się zachowywać jakbym nie widziała, że Palestyna i Palestyńczycy istnieją , nie używać słowa badania, praca, filmowanie i najlepiej sprawiać wrażenie nieświadomej blondynki, której Izrael kojarzy się wyłącznie z Biblią i gorączką telawiwskiej plaży. W moim przypadku problemem może być ilość pieczątek z innych krajów arabskich w paszporcie – Liban, Algieria, Egipt – dlaczego tam byłam, czy kogoś znam, czy utrzymuję kontakty. Przed wyjazdem musiałam oczyścić wszystkie swoje dyski, komputer i nie zabierać niczego, co miałoby związek z Palestyną. Nawet, jeśli tak jak w moim przypadku jest to skromna, kompletnie niepolityczna działalność akademicka – zbieram historie i doświadczenia uchodźców palestyńskich i ich potomków, którzy dziś mieszkają w Europie. Serio. Nie robię nic złego.

A jednak tak się czuję. Czuję się jakbym robiła coś złego. I nie mogę się oprzeć wrażeniu, że właśnie oni, izraelska kontrola bezpieczeństwa, trochę właśnie chce, żebym ja się tak czuła. No i żebym się bała.

I trochę się boję. Ale koko spoko. 

Czytaj również