„Nie chcemy pokoju. Chcemy wolności” Historie Hebrońskie (3/3)

Drukuj

Tel Rumeida jest okolicą położoną powyżej Shuhady na wzgórzach. Na samym szczycie wzgórza znajduje się piękny gaj oliwny, do którego mam ochotę pójść i gdzie, mam nadzieję zobaczyć mojego znajomego Idrisa, który podczas mojej pierwszej wizyty w Hebronie mocno skomplikował moje myślenie o Hebronie. Ale dziś nie mogę tam pójść. Wchodzę na szczyt góry…i zatrzymuje mnie żołnierz mówiący, że dalej pójść nie mogę. Jak to nie mogę? Trzy tygodnie temu mogłam? Ale dzisiaj nie możesz. – Ok, rozumiem, ale proszę podaj mi powód? – Nie możesz i już – żołnierz jest coraz bardziej zirytowany i dotyka swojej broni wzmacniając tym samym swój autorytet. Staram się mówić jak najbardziej łagodnym tonem. Rozumiem, co do mnie mówisz, nie pójdę dalej tylko proszę o to, żebyś mi wytłumaczył dlaczego i najlepiej pokazał na piśmie informację o tym, że nie mogę iść dalej. Wzrusza ramionami i mówi, że taki ma rozkaz. To jest teraz strefa wojskowa. Aha, czyli gaje oliwne mojego znajomego stały się dzisiaj izraelską strefą militarną. Próbuję jeszcze zmusić go do pokazania mi rozkazu, ale już wiem, że nic nie wskóram. Dziś nie zobaczę Idrisa, pozostają mi więc notatki z październikowej wizyty:

“Pod koniec dnia przedziwna wizyta stawiająca wszystko do góry nogami. Szłyśmy z Maraisą i Anne do dzielnicy powyżej Shuhada street – Tel Rumeda. To idylliczna dzielnica położona na wzgórzach, gdzie wszystko byłoby właściwie w porządku, gdyby nie wojskowe wieże i posterunki na domach Palestyńczyków, niekończące się szeregi kamer i żołnierzy. Żołnierzy trochę strofujących, a trochę bawiących się z okolicznymi dzieciakami. Idziemy tam, bo w nocy osadnicy chcieli wyciąć drzewa oliwne, a następnie ukraść zbiory oliwek. Na szczęście Palestyńczycy mieli wystarczająco dużo odwagi, żeby stanąć w swojej obronie.

Szłyśmy przez gaje oliwne aż wreszcie, trochę dla mnie niespodziewanie, dotarłyśmy do centrum kultury, które nazywa się “Hebron Youth Against The Occupuation’ – “Młodzież Hebronu Przeciwko Okupacji”. To dom, który pomimo wielu prób wyrzucenia stamtąd Palestyńczyków, pozostał przestrzenią, do której młodzi Palestyńczycy przychodzą na różne zajęcia. Albo po prostu przychodzą.

Kiedy wschodzę po bocznych schodkach schodkach do Centrum Kultury prowadzących na taras widzę niespodziewanie nastoletnią dziewczynę w chuście wymieniającą spojrzenia z żołnierzem stojącym po drugiej stronie płoty. Jak weszłam była strasznie zmieszana, czułam że przerwałam jakąś zakazaną, zabronioną wymianę. Nie można przecież flirtować z izraelskimi żołnierzami. Nie można przecież flirtować z muzułmańskim nastolatkami. To relacja, która nie może się zdarzyć. Chce ją uściskać. Chcę jej podziękować za to, że pokazała mi, że nawet w tym piekle mogą się zdarzyć ludzkie sytuacje. Uśmiecham się udając, że nic nie zobaczyłam. Wychodzę.

Idris, do którego po chwili wróciłam, okazał się właścicielem dużej części gaju oliwnego i jednym z tych dzielnych ludzi, którzy ochronili oliwki przed nocnym atakiem osadników. Poprowadził nas w dół zbacza w stronę swojego domu, żeby pokazać oliwki, które były atakowane. Po drodze nieoczekiwanie zobaczyliśmy grupę żołnierzy siedzących pod drzewem oliwnym. Siedzieli pod drzewem w świetle zachodzącego słońca i umierali. Z nudów. Idris ich przywitał płynnym hebrajskim, a oni zaczęli do nas wołać – ‘zróbcie nam zdjęcie’. I nie miałyśmy wyboru. Kilku z nich zaczęło nas nagabywać skąd jesteśmy i co tu robimy. Idris nieoczekiwanie wskoczył pod oliwkę w sam środek żołnierzy i kazał sobie z nimi zrobić zdjęcie. Byłyśmy w szoku.

Schodziliśmy dalej w dół. Chciałam wykrzyczeć z pretensją jakim cudem ta sytuacja mogła się wydarzyć? Jak to możliwe, że tak spouchwalasz się z żołnierzami izraelskimi? Po tym wszystkim jakie piekło na ziemi Wam tu urządzili? ‘Oni mnie nie dotykają, bo wiedzą, że jestem wariatem, wiedzą, że jestem silny, że się się nie boję, że się stąd nie ruszę’.

Jedynie szef brygady nie dołączył, a później jak odeszłyśmy, chciał uderzyć Idrisa.

Idris zaprosił nas do swojego domu a raczej do szeregu domów złączonych ze sobą. Idris musi być zamożnym człowiekiem – ma piękną willę na wzgórzu z oknami wychodzącymi wprost Shuhada street w bardzo newralgicznym punkcie – tuż przy Szkole Cordoby.

Szokujące wydawało się to jego błogie życie w cieniu okrucieństw dziejących się poniżej. A jednocześnie ten spacer po Tel Rumaida w jakiś zupełnie nieoczekiwany sposób pokazał, że życie, pomimo wszystko, toczy się tu dalej. Pomyślałam sobie, że te relacje są jeszcze bardziej skomplikowane niż mi się wydaje, że między dwoma obozami – opresorów i tych poddanych opresji musi istnieć cała sfera wzajemnych codziennych relacji. Codziennych okrucieństw i codziennych gestów normalności.

Ale tu i teraz Idris wydawał się człowiekiem, który może więcej niż ci skuleni Palestyńczycy na checkpoincie 56. Jasne, może więcej, bo jest zamożnym mężczyzną, znaną postacią w okolicy, mówi po hebrajsku – żołnierze potrzebują jakiejś formuły relacji z lokalną ludnością. Ale jednocześnie było w tym coś więcej.

 On się ich po prostu nie bał. W mieście, gdzie Palestyńczycy sprowadzeni są do kategorii podludzi, on rozmawiał z żołnierzami jak równy z równym.

Ale jednocześnie, kiedy odprowadzał mnie po schodkach skręcił w lewo – wiedział, że jako Palestyńczyk nie może skręcić w prawo. W pewnym momencie powiedział mi : ‘Wiesz, ja już nie chcę pokoju. Nie takiego. Chcę wolności’.

No tak, to, co dzieje się w Hebronie, z perspektywy Izraela może być swobodnie nazwane ‘zimnym pokojem’. W końcu nie giną obywatele izraelscy. A Izraelczycy z Tel Awiwu mogą w wygodny sposób ‘nie wiedzieć’ co się dzieje w tym hebrońskim więzieniu. Taki pokój, z perspektywy Palestyńczyków jest najgorszym z możliwych koszmarów.

Powiedziałam, że powinien zostać prezydentem”

Tyle z moich notatek wtedy.

Dziś nie udało mi się zobaczyć Idrisa, bo okolice jego domu stały się ‘strefą militarną’. Wiem od moich znajomych z Hebronu, że miał wiele nieprzyjemności podczas operacji w Gazie. Mam nadzieję, że doczeka się wolności. Ale sama w to coraz mniej wierzę.

***
Ale jest coś jeszcze. I ten obrazek zabieram ze sobą z Hebronu.

Za każdym razem, kiedy słyszę śmiech dzieci na opustoszałych ulicach mediny, kiedy słyszę śpiew muezinów wzywających do modlitwy i widzę sprzedawców w nielicznych niezamkniętych sklepach i przemykające kobiety z naręczami zakupów to jednak oddycham z ulgą. Oddycham z ulgą widząc kiełkujące życie. Życie, które toczy się mimo wszystko,  w tych szczelinach niezabranych im jeszcze przez okupację. W niemożliwych okolicznościach.

Trzeba wracać do Hebronu. Trzeba wracać do tego piekła, żeby tracić wiarę w człowieka i … odzyskiwać wiarę w człowieka.

Czytaj również